Author: admin

Czy to normalne, że w czasie mszy myślimy o „niebieskich migdałach”? Czy nieobecność na niedzielnej Eucharystii jest grzechem? I czy na mszy trzeba być od początku do końca?
Zacznijmy od początku. Idę na mszę, chcę ją dobrze przeżyć, naładować się dobrą energią. Co zrobić, żeby tak się właśnie stało?
Trzeba zacząć od drogi. Pierwszym momentem przygotowania do mszy jest droga, którą muszę przebyć, by dojść do kościoła. Już wtedy warto zacząć uświadamiać sobie, po co idę.
Sposoby przygotowania się do mszy są dwa: albo próbujemy opuścić codzienność i przygotowujemy się do mszy poprzez tak zwane zacichnięcie – to znaczy, że zostawiamy myśli o pracy, dzieciach, ludziach, wszystkim co przeżywamy i próbujemy wejść w tajemnicę Chrystusa, który do nas przychodzi, albo odwrotnie, zanosimy do ołtarza swoją codzienność.
W zależności od tego na jakim jesteśmy etapie duchowym, wybieramy pomiędzy tymi dwiema możliwościami. Koncentracja na codzienności powoduje, że nadal to moje sprawy są na pierwszym miejscu, „ja” jestem na pierwszym planie. A podczas Eucharystii trzeba odłożyć siebie na bok i powiedzieć: „Chcę, żeby Bóg we mnie działał”. Wtedy Chrystus, który we mnie żyje, skieruje mnie ku moim obowiązkom i mojemu powołaniu. I nie ma w tym niebezpieczeństwa oderwania się od rzeczywistości. Ale, tak jak powiedziałem na początku, sposób przygotowania się do mszy może być różny. Czasem łatwiej nam jest wejść w ciszę, innym razem zanieść palącą sprawę Panu Bogu.
A jeżeli tych spraw palących jest za dużo i częściej myślę o swoim życiu niż o tym, co mówi ksiądz?
Rozproszenie warto czynić pretekstem do modlitwy. Najczęściej myśli uciekają nam do spraw, które są dla nas ważne i warto je włączyć w Eucharystię. Kiedy myśl ucieka mi do obowiązków w pracy, mogę powiedzieć w czasie mszy świętej: „Boże, niech Twoje błogosławieństwo spocznie na mojej pracy”. To chyba najskuteczniejszy sposób, gdyż nie ma nic bardziej rozpraszającego, jak bezpośrednia walka z rozproszeniem. Lepiej zatoczyć koło i z rozkojarzenia wrócić na modlitwę. Na pewno nie należy panikować, bo rozproszenie jest czymś nieuniknionym. Nie jesteśmy w stanie utrzymać myśli w jednym ciągu. Chodzi o to, żeby się nawracać, czyli naciągać myślenie ilekroć złapiemy się na tym, co nam umyka. Myślę, że trzeba z pokorą przyjąć to, iż nie panujemy nad sobą do końca. Obyśmy tylko wracali zawsze do głównego nurtu.
Idźmy dalej. Jestem na mszy, kapłan zaczyna odmawiać modlitwy: mam wtedy słuchać czy modlić się po cichu razem z nim? Ten drugi sposób praktykuje wiele starszych osób.
Powinno się iść za myślą liturgii, ale nie robić tego półgłosem. Pójście za myślą jest fundamentalne, bo teksty liturgiczne mówią o tym, co dzieje się w czasie mszy świętej. Im lepiej znamy słowa liturgii, im bardziej tkwią one w naszej pamięci, tym większa jest szansa, że wewnętrzna postawa – nie tylko myśl, ale i wola, pragnienie – „ustawią się” pod znaczenie tego tekstu. Modlitwa eucharystyczna ma charakter dziękczynno-wstawienniczy, ksiądz odmawia ją za cały Kościół i ludzie na mszy też mogą ją odmawiać, ale w duchu. Są wyraźne momenty różnic pomiędzy prezbiterem a świeckimi, na przykład moment Przeistoczenia. Kapłan mówi wtedy z pozycji Chrystusa, w Jego osobie (in persona Christi). Kiedy wypowiada słowa: „To jest Ciało moje”, nie wypowiada ich od siebie…
…wtedy powinno się milczeć i słuchać?
Tak, wtedy trzeba milczeć i słuchać. Aczkolwiek, jeżeli powtarzamy coś w myślach, bo chcemy być bardziej świadomi, to nie ma w tym nic złego. Eucharystia wprowadza nas w wydarzenie, a słowa są komentarzem. Kluczem do mszy, paradoksalnie, nie jest tekst, lecz wydarzenie. Dlatego można w niej uczestniczyć owocnie nawet wtedy, kiedy odprawiana jest w języku obcym, którego nie rozumiemy. Tekst pomaga przygotować wewnętrzną postawę i to jest ważne, by w Eucharystii spróbować duchowo ustawić siebie w jednej linii z dążeniem, które ożywiało Jezusa Chrystusa. „On nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem lecz ogołocił samego siebie”. To z Niego jest życie. Eucharystia przechodząc przez krzyż czy uobecnienie wydarzenia krzyża, idzie ku Zmartwychwstaniu, ku wydaniu tego życia w postaci pokarmu – ciała Zmartwychwstałego. I jeżeli w czasie mszy świętej, uda nam się stanąć pod krzyżem w ofierze, to zrozumiemy, dlaczego Chrystus prowadzi nas potem do Wieczernika. Przyjmując komunię w czasie mszy świętej, bierzemy do siebie Jego życie po to, by wyjść do świata i żyć tym życiem.
Czy muszę uczestniczyć w Eucharystii od początku do końca? Jeśli spóźnię się np. na liturgię słowa lub wyjdę przed zakończeniem, to czy mój udział we mszy jest ważny?
Nie rozumiem trochę rozważania mszy świętej w kategoriach ważności bądź nieważności. Msza jest „ważna” wtedy, kiedy ją „ważnie” sprawuje ksiądz. Chodzi bardziej o to, czy oczekujemy pełnej owocności. Po co jest liturgia słowa? Żeby nastawić mnie receptywnie na odbiór, którego szczytem jest spożycie Chrystusowego Ciała. Kto się spóźnia, ten traci możliwość lepszego przygotowania się do owocniejszego przyjęcia Pana. Sakrament zaś będzie ważny.
Nie chcę wchodzić w kwestię spełniania obowiązku, bo dla mnie myślenie o Eucharystii w tych kategoriach jest pomyleniem pojęć. Jeżeli chrześcijanin idzie do kościoła tylko z obowiązku, by mieć spokój w sumieniu, to jest w niewłaściwym miejscu. Msza święta nie jest po to, żeby ją zaliczyć. Nie o obowiązek tutaj chodzi, ale o owocność. Im później przychodzę, tym mniejsze mam szanse, ponieważ jest mniej elementów, które do nie przemawiają i w których Bóg może do mnie przemówić.
A jak mi się nie chce iść do kościoła, to co?
Do kościoła może mi się nie chcieć iść tak samo, jak wstać rano do pracy, ale wstaję. Codziennie wykonujemy różne czynności i nie zawsze nam się chce, a mimo wszystko przełamujemy się. Matka, która musi wstawać o trzeciej nad ranem, by nakarmić niemowlę absolutnie wie, że to jest dobre. Wstaje, choć wolałaby pospać. Na pewno jest jej trudno wzbudzić jakieś pozytywne emocje wobec faktu, że musi wstawać. Z pójściem na mszę bywa tak samo. Może nam się nie chcieć iść, ale to tylko uczucie. Nasze życie emocjonalne nie podlega dokładnej regulacji z wolą. Istotne jest to, co wydarza się na poziomie decyzji, bo określa naszą tożsamość i mówi, kim jesteśmy, jaka jest nasza prawdziwa relacja do Boga.
Ale przecież z nieobecności w niedzielę na mszy świętej trzeba się wyspowiadać…
Tylko tutaj problemem nie jest to czy człowiek fizycznie był w niedzielę na mszy, tylko jaki jest jego stosunek do Chrystusa, który mu daje życie. O grzechu stanowi to, czy człowiek świadomie rezygnuje z podtrzymywania relacji z Bogiem. My tak łatwo mówimy: był na mszy to znaczy, że grzechu nie ma. Tylko co z tego, że fizycznie był, jeżeli nawet przez moment się nie modlił?….
Powinniśmy się wyspowiadać ze swojej relacji z Bogiem. Jeżeli świadomie lekceważę momenty, w których mogę budować relację z Nim, to tu zaczyna się grzech. Bo cóż z tego, że wszyscy chrześcijanie pójdą na mszę, jednocześnie myśląc o czymś innym? To bycie niekoniecznie będzie ich przemieniać, przyjmowanie Chrystusa nie będzie owocne. Możemy prawnie nakłonić do spowiedzi i komunii, ale co z tego, że ktoś się wyspowiada, jeśli się nie nawraca?…
Powinniśmy cały czas uważać na tę powierzchowną formę religijności, która minimalnym kosztem chce sobie zapewnić zbawienie, a nawet nie zbawienie, tylko zabezpieczenie przed piekłem. To w zasadzie nie jest chrześcijaństwo, tylko forma pogaństwa, która mówi: pewnie tam nic nie ma, ale w razie czego, warto spełnić minimalną ilość rytów, by zabezpieczyć się przed przykrymi konsekwencjami po śmierci.
Często mówi się, że msza święta to rytuał. Czym jest msza święta?
Tam, gdzie coś jest regulowane przez przepisy i gdzie czynimy coś powtarzalnie, to jest rytuał. Natomiast przez ten rytuał staje się obecne wydarzenie. Ono jest po to, by spotkać się z Bogiem. To nie rytuał jest istotny, czy jego idealne sprawowanie. Istotne jest to, że Bóg przychodzi do człowieka.
Msza święta to wydarzenie, w czasie którego śmierć i Zmartwychwstanie Chrystusa stają się obecne dla nas. To „maszyna czasu”, która pokazuje nam konkretne wydarzenie. Dzięki mszy świętej możemy stanąć pod krzyżem, włożyć ręce do boku Zmartwychwstałego, spożyć Jego Ciało i wyjść z Duchem, którego On udzielił.
Jak możemy włożyć ręce do boku?…
To jest ten wymiar aktu wiary, który dokonuje się w momencie przyjmowania komunii. Oczywiście nie jesteśmy wtedy w stanie zobaczyć Chrystusa w Jego Ciele i Krwi, więc to wkładanie rąk do boku jest metaforyczne. Ale Ciałem Chrystusa jest Kościół, wchodząc do wspólnoty w pewnym sensie dotykam Ciała Chrystusa. To tu w Kościele są świadkowie Zmartwychwstania, wspólnota, tych, którzy przechowali pamięć. Spotkanie z nimi jest umocnieniem mojej wiary.
Dlaczego msza święta tak od razu kończy się po komunii?
Bo trzeba iść w świat. Nie przychodzę na mszę po to, żeby zostać w świątyni, tylko żeby w mocy Chrystusa wypełniać swoje powołanie, żeby zaczerpnąć. Żyjąc, zużywam się i uchodzi ze mnie życie.
Eucharystia jest po to, żeby nasycić się życiem, Jezusem. Daje nam siłę do wyzwań, które stawia codzienność.
Daje siłę w spotkaniu z bliźnimi, którym chcemy służyć. Nagłe wyjście zaraz po przyjęciu Chrystusa jest tego znakiem. Eucharystia różni się właśnie tym od adoracji, na której można trwać i trwać… Adoracja jest dla Boga, Eucharystia zaś dla człowieka.
Z ks. dr. Grzegorzem Strzelczykiem rozmawia Judyta Syrek. za stacja 7
Jednak św. Benedykt bardzo krótko pisze na jej temat w dwóch rozdziałach Reguły: w rozdziale 20 i 52:
Jeśli ludziom możnym pragniemy przedstawić jakąś sprawę, ośmielamy się czynić to jedynie z najgłębszą pokorą i szacunkiem. Z o ileż większą pokorą i czystszym oddaniem musimy zanosić nasze prośby przed oblicze Boga, Pana wszechświata! A i to należy wiedzieć, że nie wielomówstwo, lecz tylko czystość serca i łzy skruchy zasługują w oczach Boga na wysłuchanie. Dlatego też modlitwa powinna być krótka i czysta, chyba że natchnienie łaski Bożej skłoni nas do jej przedłużenia. Wspólna jednak modlitwa niech będzie zawsze krótka, a na znak dany przez przełożonego wszyscy razem powstaną (RegBen 20).
Podobnie jak w przypadku liturgii zasadniczo najważniejsza jest „bojaźń Boża”, ogromny szacunek wobec Boga wyrastający ze świadomości tego, przed Kim stajemy. Ta świadomość bycia przed Bogiem jest najważniejsza podczas modlitwy. Często modlitwa indywidualna sprowadza się do walki, żeby być obecnym przed Nim. Natomiast częstym błędem jest koncentrowanie się na tym, co Bogu chcemy przedstawić, zasypywanie Go prośbami przy równoczesnym zapominaniu, przed Kim stoimy. „Dawca jest cenniejszy niż udzielony dar – On jest „Skarbem”, a jest w Nim serce Jego Syna; dar jest udzielany „jako dodatek”” (KKK 2604). Dar, o który prosimy, jest udzielany jako dodatek, czyli nie jest najważniejszy. Najważniejsze jest spotkanie z Bogiem.
Dla św. Benedykta istotna podczas modlitwy jest postawa wyrażająca się pokorą i czystością serca. Święty Benedykt dwukrotnie wymienia te cechy! Przypomina w ten sposób naukę Pana Jezusa na ten temat szczególnie z szóstego rozdziału Ewangelii według św. Mateusza. Przypomina się jednocześnie przypowieść Pana Jezusa o faryzeuszu i celniku w świątyni (Łk 18,9–14), która bardzo dobitnie ilustruje potrzebę pokory podczas modlitwy, bez której nie będzie ona wysłuchana. To też potwierdza Katechizm Kościoła Katolickiego:
Podstawą modlitwy jest pokora. „Nie umiemy się modlić tak, jak trzeba” (Rz 8,26). Pokora jest dyspozycją do darmowego przyjęcia daru modlitwy: Człowiek jest żebrakiem wobec Boga (KKK 2559).
Pokora jest fundamentem modlitwy. Dzięki pokorze i czystemu oddaniu jesteśmy autentyczni. Jeżeli jesteśmy skoncentrowani na tym, co chcemy otrzymać, wtedy pojawia się tendencja do wielomówstwa. Chcemy zasypać Boga prośbami, podobnie jak podczas dyskusji, kiedy chcemy przekonać do swojego zdania. Taka postawa oznacza, że chcemy swojego a nie spotkania z Bogiem.
Właściwym źródłem modlitwy jest serce. Pisze o tym także Katechizm Kościoła Katolickiego:
Skąd pochodzi modlitwa człowieka? Niezależnie jakim by był język modlitwy, gesty, słowa zawsze modli się cały człowiek. Aby jednak określić miejsce, z którego wypływa modlitwa, Pismo Święte mówi o duchu czy też duszy, najczęściej jednak o sercu. Modli się serce. Jeśli jest ono z daleka od Boga, modlitwa zostaje pusta (KKK 2562).
„Tylko czystość serca i łzy skruchy zasługują w oczach Boga na wysłuchanie”. To jest centralny element duchowości monastycznej, którą św. Benedykt przejął od Jana Kasjana. Dążenie do czystości serca związane jest z błogosławieństwem: Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą (Mt 5,8). Zasadnicza praca duchowa mnichów polegała na pracy nad czystością serca, a zgodnie z błogosławieństwem po jego osiągnięciu otrzymamy widzenie Boga, czyli osiągniemy kontemplację, która jest ostatecznym celem całego wysiłku duchowego.
Autentyczna modlitwa nie tylko jest owocem czystego serca, ale jest także zasadniczym narzędziem osiągania tej czystości. Szczególnie błogosławiona jest w tym względzie modlitwa łez, czyli łzy skruchy, które płyną z oczu w obliczu niepojętej delikatności Bożej miłości. Te łzy – zgodnie z tradycją monastyczną – obmywają serce.
Niewątpliwie zaskakujące jest dla nas stwierdzenie, że modlitwa powinna być „krótka”. Zawsze wydawało się nam, że powinniśmy się modlić jak najdłużej, a tu św. Benedykt wzywa do krótkiej modlitwy, powtarzając to dwukrotnie i to za drugim razem bardzo zdecydowanie: „Wspólna jednak modlitwa niech będzie zawsze krótka”. Dlaczego tak?!
Aby na to pytanie właściwie odpowiedzieć, trzeba wpierw sobie zdać sprawę z tego, co św. Benedykt nazywa modlitwą. Modlitwa (oratio) oznacza bezpośrednie słowne zwrócenie się do Boga. Przy czym modlitwa ze swojej istoty jest odpowiedzią na doświadczenie Bożej łaskawości. Aby nasza odpowiedź była szczera, potrzeba autentycznego kontaktu niezaburzonego własnym kombinowaniem.
Kiedy spojrzymy na swoje doświadczenie, zobaczymy, że autentyczna, szczera reakcja trwa bardzo krótko. Zaraz potem włączają się rozmaite myśli, pragnienia, wyobrażenia, uczucia…, które tę szczerą reakcję zaburzają. Mnisi dobrze poznali te mechanizmy pojawiających się logismoi, czyli myśli zamiennie nazywane demonami. Podczas modlitwy te logismoi tym bardziej się wzmagają, ponieważ modlitwa najbardziej się nie podoba Złemu. Dlatego właśnie podczas niej najbardziej się ujawniają i są natarczywe. Można się o tym bardzo łatwo przekonać, gdy staramy się skupić na prostym trwaniu przed Bogiem. Oderwanie się od zwykłego zaangażowania pozwala zobaczyć to, co się w nas wewnętrznie dzieje: kalejdoskop myśli, uczuć i wyobrażeń. Czasami pojawiają się najlepsze natchnienia dla dobrych dzieł, które powinniśmy podjąć, genialne pomysły, zapomniane obowiązki itd.
Przebiegłość demonów, które nam to wszystko podsuwają, jest nieograniczona podobnie jak ich inwencja oraz upór, z jakim to robią. Mnisi szybko zorientowali się, że możliwość ulegania ułudzie, jakimś fałszywym stanom, które możemy przyjmować za modlitwę, jest ogromna. Pierwsze czyste poruszenie serca stopniowo zostaje zanieczyszczone pojawiającymi się logismoi i czysta w swoim początku modlitwa przekształca się w projektowanie własnych myśli i wyobrażeń. Istnieje nawet fałszywa kontemplacja! Przy czym nie mamy prostych sposobów odróżnienia kontemplacji autentycznej od fałszywej. Jak się tego ustrzec?
Dawno zauważono, że najczystsze są pierwsze poruszenia serca, jako odpowiedź czy to na Boże słowo, czy na różne sytuacje, w których dostrzegamy Jego ogromną łaskę. Demon może zacząć działać dopiero w chwilę potem. Dlatego mnisi praktykowali krótkie modlitewne zwroty wysyłane w kierunku Boga jak strzały. Stąd pochodzą nasze „akty strzeliste”. Powstała nawet cała technika modlitwy monologicznej, czyli jednego słowa, a raczej jednej myśli.
W Kościele Wschodnim do takich modlitw należy „modlitwa Jezusowa”, która polega na stałym powtarzaniu modlitewnej formuły: „Panie Jezus Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”. Podobny sens miało wezwanie przekazane nam przez Jana Kasjana: „Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu, Panie pospiesz ku ratunkowi mojemu”, które obecnie używamy jako wezwanie na wstępie w Liturgii Godzin. Wydaje się, że taki sam sens miało wezwanie „Zdrowaś Maryjo…”, z którego potem ułożono różaniec. Te krótkie wezwania mogą tworzyć cały ciąg (jak paciorki różańca). Można w ten sposób modlić się cały dzień, nieustannie wracając do czystości pierwszego poruszenia serca przez stale i na nowo rozpoczynane wezwanie.
Aby się jednak dobrze modlić, trzeba pamiętać, że nasze indywidualne spotkanie z Bogiem na modlitwie wyrasta z dialogu z Nim przez cały dzień i całe życie. Jeżeli ignorujemy Go w zwykłych naszych pracach, trudach, troskach, jeżeli nie słuchamy Jego słowa, które nam przekazał w Piśmie Świętym oraz za pośrednictwem ludzi, jeżeli nie uczymy się modlitwy, czerpiąc z tradycji ludzi, którzy się do Niego przed nami modlili, to raczej stajemy przed naszą ideą Boga, naszym wyobrażeniem o Nim, a nie przed Nim samym.
Nasza troska zwraca się wówczas w kierunku metody modlitwy: jak odnaleźć kontakt z Tym, którego na co dzień nie znamy. Jest to próżny wysiłek ściągania Boga z zaświatów na chwilę modlitwy według naszych chęci. Bóg zawsze przychodzi tak, jak tego sam chce, a nie tak, jak tego byśmy sobie życzyli lub oczekiwali. Dlatego postawa „słuchania”, „nakłaniania uszu swojego serca” wobec Niego jako Mistrza najlepiej nas przygotowuje na Jego przyjście do nas. On sam nam wskazuje sposób modlitwy. Niemniej najważniejsze jest otwarcie na Jego obecność tu i teraz i tak, jak tego sam chce.
Fragment książki „Komentarz do Reguły św. Benedykta”
za Niedziela.pl